Słuchaj podcastu i obserwuj nas tam, gdzie Ci najwygodniej:
Sosna jako niemy świadek zbrodni niemieckich

Chęć, by opowiedzieć o przyrodzie w kontekście miasta, przyszła podczas przerwy na papierosa. Patrząc z balkonu dość typowego bloku na toruńskim Mokrem, dostrzegliśmy okazałą sosnę kołyszącą się na wietrze. Jej wierzchołek wystawał znad dachu szpitala przy ulicy Batorego. Zaraz pojawiła się refleksja, że sosna nie jest chyba najbardziej typowym drzewem, jakim obsadza się miejskie parki, skwery, ogrody i skrajnie dróg. W tym zakresie dominują raczej lipy, kasztanowce, może topole i platany klonolistne. Podobno modne są surmie, widuje się również robinie akacjowe, a w niektórych miejscach nawet bożodrzewy, chociaż to chyba rzadkość. Tak czy owak, sosna kojarzy się raczej z lasem i to takim, który rośnie na nieurodzajnych glebach. Sosna, przynajmniej w Toruniu, kojarzy się również z hanzeatycką przeszłością, gdy pnie tych drzew, podobnie jak innych iglastych, na potęgę wysyłane były do Anglii, gdzie służyły jako budulec okrętowych masztów. To jednak myśli dość swobodne, by nie powiedzieć – poetyckie. A w historii miasta, nie tylko zresztą Torunia, sosna odegrała też rolę złowieszczą.

To właśnie sosny przyglądały się masowym zbrodniom niemieckim na toruńskiej Barbarce. To sosny były świadkami zdarzeń w podwarszawskich Palmirach i wileńskich Ponarach. Drzewa nie tylko wszystko „widziały”, ale miały też „współudział”, ponieważ kiedy ciała zamordowanych pochowano w masowych mogiłach, zasypane doły zostały zamaskowane nasadzeniami małych sosenek właśnie…

Ile lat ma dąb „Bartek”?

Ale drzewo to nie tylko pamięć o zdarzeniach potwornych. Przez chwilę jeszcze pozostańmy w Toruniu i przenieśmy się w czasie o jakieś osiem wieków – aż do początków miasta. Krzyżacki kronikarz Piotr z Dusburga, opisując początki władztwa rycerzy zakonnych, wspomina, że Toruń założono najpierw w pobliżu rozłożystego dębu. Podobno była to osada otaczająca majestatyczne drzewo, na gałęziach którego zainstalowano coś na kształt strażnicy. Możemy ją sobie wyobrazić jako rodzaj platformy obserwacyjnej, coś na kształt wielkiego domku na drzewie. Kiedy Krzyżacy przybyli w te strony, drzewo, skoro było tak wielkie, mogło mieć grubo ponad tysiąc lat, było zatem równolatkiem Chrystusa, co w kontekście misji krzyżackiej mogło mieć dodatkowe znaczenie. Schodząc nieco z tonu, można by zauważyć, że dąb toruński był ówczesnym odpowiednikiem popularnego „Bartka” i  – podobnie jak znane drzewo-atrakcja turystyczna – musiał budzić podziw i zainteresowanie. Można również przypuszczać, że w tych „starych dobrych czasach” podobnych „Bartków” było znacznie więcej.

Kto zasadził starą gruszę na Mokotowie?

Dąb to doskonały nośnik symbolicznej wprost trwałości i siły. Właśnie dlatego drzewa tego gatunku sadzi się jako żywe pomniki ważnych zdarzeń. Wystarczy tylko, że jakiś król, książę albo nawet prezydent odwiedzi miasto, a zaraz w ruch idą łopaty i w przygotowanym wcześniej dołku instaluje się bryłę korzeniową drzewka, które nawet za tysiąc lat będzie sławić to ważne wydarzenie. Ale nie tylko dęby żyją w przestrzeni miasta i świadomości jego mieszkańców. W okolicach skrzyżowania ulic Racławickiej i Bałuckiego na warszawskim Mokotowie rośnie grusza, o której opowiada się, że zasadzono ją ponad sto trzydzieści lat temu. Może i nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że drzewko posadził ostatni sołtys Mokotowa, zanim cała ta okolica stała się częścią Wielkiej Warszawy.

Stara grusza na Mokotowie

Można więc usiąść pod drzewem i nawet niewielkim wysiłkiem wyobraźni ujrzeć pola, na których pasą się krowy. Zobaczyć ukwiecone łąki i glinianki, w których pluska się okoliczna dzieciarnia. Do tego z rzadka rozmieszczone chałupy, błotniste drogi, może jeden trakt lepiej utwardzony, a cała reszta rodem z najbardziej sielankowych wyobrażeń o wsi. Teren w niczym niepodobny do zwartej, wielkomiejskiej tkanki współczesnego Mokotowa, który szczególnie w północnej części jest tak miejski, że już bardziej się nie da. Niektórzy varsavianiści traktują opowieść o sołtysie Ciechomskim i jego gruszy jako sympatyczną legendę miejską. Podobno drzewko jest pozostałością wykarczowanego sadu i chociaż dość stare, nie ma nic wspólnego z wiejskim Mokotowem i jego ostatnim gospodarzem. Trzeba jednak powiedzieć, że nawet jeśli to tylko legenda, to już sam fakt, że tyle znaczeń mogło przylgnąć do skromnego drzewka, mówi coś o ludziach i ich stosunku do dziejów i przestrzeni miasta.

Drzewa nad Starym Kanałem Bydgoskim

Drzewa, oprócz ładunku symbolicznego, są też konkretną informacją o dawnym urządzeniu miasta. Markują linie, które niegdyś mogły mieć wielkie znaczenia, dziś natomiast odeszły w niepamięć. Często jest przecież tak, że jedynie szpaler drzew przypomina o dawnej drodze lub okazałym pałacu z jego imponującym parkiem. Dobrym przykładem osi komunikacyjnej, której dawno już nie ma, choć drzewa o niej przypominają, jest przebieg Starego Kanału w Bydgoszczy. Już od lat siedemdziesiątych XX wieku ten odcinek drogi wodnej kończy się praktycznie w okolicach ulicy Wrocławskiej, ale i tak – aż do dawnego ujścia, a więc okolic ulicy Grottgera, niegdysiejszemu przebiegowi kanału towarzyszy szpaler okazałych drzew.

Skąd wziął się bruk pod naszymi stopami?

Miasto to również przyroda nieożywiona. Konia z rzędem temu, kto zastanawia się nad tym, po jakich kamieniach stąpa i skąd skały te trafiły pod jego stopy. Czy to kamień skandynawski, który przypłynął tu jako balast na pokładach statków, czy raczej granit sprowadzony ze Strzegomia lub Strzelina? A może surowiec z Chęcin? Choć ten ostatni to raczej w detalu architektonicznym, nagrobku lub pomniku.

Kamień na budowie Varso Tower

Niedawno, podczas budowy słynnego Varso Tower, wykopano największy kamień w historii stolicy. Głaz ma zostać wyeksponowany przed wieżowcem i – podobnie jak mamut odnaleziony na stacji metra Płocka – ma stanowić jasne przypomnienie o tym, że kiedyś nie tylko nie było tu miasta, ale nawet ludzi w ogóle. To nie pierwszy wielki kamień, jaki odkopano na prestiżowym placu budowy. W latach siedemdziesiątych, gdy budowano hotel Forum, natrafiono na głaz, który skutecznie wstrzymał inwestycję. Szwedzi, którzy prowadzili prace, postanowili pokruszyć go przy użyciu materiałów wybuchowych, ale na to nie chcieli się zgodzić warszawscy geolodzy. Wymyślili więc nader sprytny fortel, powołując się na fakt, że kamień przywędrował tu przecież ze Skandynawii, stanowi zatem element szwedzkiego dziedzictwa! Pod naporem tej sprytnej i dowcipnej argumentacji inwestorzy ugięli się i przetransportowali głaz w miejsce wskazane przez specjalistów. Jak zatem widać, Szwedzi w Warszawie – i to w kontekście kamiennym – to nie tylko skradziony delfin z Pałacu Kazimierzowskiego, ale też akcenty bardziej sprzyjające międzynarodowej przyjaźni.

Kogo upamiętniają płyt nagrobne w kościele Mariackim w Gdańsku?

Kamień w mieście to nośnik dwojakiej pamięci. Tej naturalnej, która wynika z samej jego istoty i struktury, ale też tej, którą nadaje mu człowiek, podejmując się prac w niełatwym przecież tworzywie. Wystarczy zajrzeć do kościoła Mariackiego w Gdańsku, ale też praktycznie każdej innej wiekowej fary lub katedry, choćby tej we Włocławku, by w kamieniach nagrobnych dostrzec dwie równoległe informacje. Na płycie napisane jest, kto i kiedy spoczął pod kamieniem. Przedstawiciele patrycjuszowskich rodów, choć już od wieków martwi, nadal pysznią się herbami i popisują erudycją, zwracając uwagę na konkretny fragment Pisma, który w kontekście miejsca ich pochówku może być przypomnieniem dla żywych, że i oni zejdą kiedyś z łez padołu. Z drugiej jednak strony – już sama ta płyta jest cmentarzyskiem prahistorycznych „żyjątek”, które obumierając, opadały na dno pradawnych oceanów, tworząc skałę, którą na warsztat wzięli nasi przodkowie. Nie trzeba specjalnej spostrzegawczości, by w strukturze kamieni dopatrzeć się pamiątek po wymarłych dawno skorupiakach, a kontakt z tym wymiarem historii może być szczególnie uderzający w kontekście spraw ostatecznych.

Skąd wzięła się nazwa ulicy Zapadłe w Inowrocławiu?

Kamień w mieście to również ryzyko. Paryż, który szczyci się pięknem kamiennego detalu, wydobył skałę spod siebie, drążąc sztolnie i kanały kamieniołomów. Podobno ciągle istnieje ryzyko zapadnięcia się sporej części miasta, a podziemny system daje o sobie znać, raz na czas doprowadzając do katastrof. Bodaj w latach dziewięćdziesiątych miało miejsce osunięcie się sporych partii zabudowy, które zostały dosłownie wciągnięte do dawnych kamieniołomów. Nie trzeba zresztą jechać nad Sekwanę, by doświadczyć skutków ubocznych intensywnego wydobycia. Nie bez powodu w Inowrocławiu da się znaleźć ulicę Zapadłe, która jest skutkiem ubocznym intensywnego wydobycia soli.

Rzymskie początki polskich miast – czy to tylko legenda?

Skoro przez chwilę byliśmy w Paryżu, zerknijmy na jego rzymską protoplastkę. Lutetia Parisiorum to miasto, o którym przypominają dziś kamienne relikty dawnych budowli. W tym więc ujęciu kamień jest dowodem starożytności, odwieczności, pewnej powagi i umocowania miasta w wielkiej historii. To powód do chluby, który przesądza o tym, że Paryż i Londyn, ale też Trewir, Kolonia, Wiedeń i Budapeszt, biją na głowę Berlin i Warszawę. Stolice Polski i Niemiec są bowiem miastami, co tu dużo mówić, całkiem młodymi. Nawet w Trenczynie i Bratysławie rzymskie kamienie mają dowodzić, że miasta te nie wypadły sroce spod ogona, podczas gdy nam pozostają najwyżej legendy o tym, że legiony gościły w Kaliszu. Opowiastka popularna jakieś trzysta pięćdziesiąt lat temu dowodzi również, że i Toruń został założony przez rzymskiego legionistę. Nie odnaleziono jednak żadnego kamienia z rzymską inskrypcją.

Kamyczki – o co chodzi w tej zabawie?

Odnaleziono za to niejeden kamień, a raczej kamyczek, który pokryty jest niezwykłymi malunkami. Czasem to zdobienia w kształcie kwiatków, innym razem cały kamień wyglądać ma jak biedronka albo inny żuczek. Można również odnaleźć kamień z ulubionym bohaterem z kreskówki, rybką, kotkiem, delfinem, słonkiem, portretem znanej postaci, czy nawet groźnym smokiem. To, na co trafisz, zależy tylko i wyłącznie od fantazji osoby, który postanowiła ozdobić kamyk. Na kamieniu jest też wypisany kod pocztowy miejscowości, w której go „porzucono”, a także odsyłacz do konkretnej grupy na facebooku. Zadaniem znalazcy jest przenieść kamień w dowolnie wybrane miejsce i udokumentować tę podróż na rzeczonym już profilu. Tym sposobem kamienie przemierzają setki, a może nawet i tysiące kilometrów. Bez pomocy ludzi mogłoby to potrwać kilka miliardów lat. Zabawa przywędrowała do nas z Czech, a pierwszym polskim miastem, które zaczęło bawić się kamykami, był podobno Rybnik.

Ptasi móżdżek nośnikiem imponującej pamięci

Zwierzęta to również pamięć przyrody. Po pierwsze bowiem – jakiś dziwny rodzaj kolektywnej, sięgającej najdawniejszych czasów pamięci, każe ptakom od tysięcy lat przemieszczać się tymi samymi drogami. Na szlakach wyrosły więc miasta, ale zwyczaje ptactwa niewiele się zmieniły. Po drugie natomiast – każda wrona, kawka, czy kruk z osobna, dysponuje doskonałą pamięcią i mówi się nawet, że kiedy człowiek dopuści się tego, by zniszczyć ptasie gniazdo, krukowate zapamiętają sobie jego twarz i przez następne ćwierć wieku będą gnębić, mszcząc się za krzywdę. Dodajmy tylko, że kiedyś już opowiadaliśmy o ptaszku z tej rodziny, przybliżając postać Tomasza Soemmeringa.

Gruszki na wierzbie!
Przeczytaj więcej na ten temat:
  1. Sylwia Grochowina, Waldemar Rozynkowski, Barbarka. Miejsce kultu, męczeństwa i pamięci
  2. Joanna Janusiak, Ludobójstwo w Ponarach – obraz zbrodni w świetle relacji Kazimierza Sakowicza i Heleny Pasierbskiej
  3. Kamil Jabłczyński, Grusza Ciechanowskiego sprzed 130 lat. Czy zasadził ją ostatni sołtys Mokotowa? Obalamy mit dotyczący jej historii
  4. Monika Borys, Na placu budowy wieżowca Varso znaleziono największy głaz, jaki do tej pory wykopano w Warszawie
  5. Rafał Śniegocki, Z pamiętnika skrzydlatych myśli
  6. Grupa „kamienie Warszawa”
  7. Grupa „Olsztyńskie kamyki”
  8. Grupa „#kamyczki”

Obrazy ilustrujące artykuły są kompilacją materiałów z wikipedia.org, fotopolska.eu, kpbc.umk.pl, fbc.pionier.net.pl, dostępnych repozytoriów motywów graficznych oraz zdjęć własnych.